|
niedziela, 27 czerwca 2010
Powtórki i zmierzch angielskich gwiazd
No to wracamy. Okazja idealna, by blogowe czeluści wreszcie odkurzyć. Idzie wszak o pojedynek angielsko-niemiecki i to taki, po którym kurz tak szybko nie opadnie. Na pewno nie na Wyspach. Pomimo niedzielnego wieczoru, angielscy dziennikarze aż uwijają się jak w ukropie. Pracy jest w brud, w końcu poniedziałek będzie dniem stron tytułowych poszczególnych papierowych dzienników. W rolach głównych wystąpią Jorge Larrionda, Fabio Capello i zawodnicy reprezentacji Anglii. Specjalne podziękowania dla powiększonej czcionki. Na Wyspach postawiono na pozaboiskowe gierki. Zaklinano chociażby rzeczywistość przez wtłaczanie Davida Jamesa w rysopis bramkarza nie tyle niepodobnego do angielskich standardów, co emanującego wyjątkową pewnością w grze. Dano się także sprowokować docinkami Franza Beckenbauera, który nie zwykł prowadzić wojenki podjazdowej na marne. Anglicy byli wyjątkowo podatni na wszelkie zaczepki, kontemplując zwłaszcza nad potencjalną serią rzutów karnych. W tej mieli w końcu pokazać światu, że kompleksu jedenastek raz na zawsze się wyzbyli, tłumaczył zresztą Stuart Pearce reprezentacyjny wzór na złoto, podnosząc statystyczny mozół jako remedium na całe zło. Anglicy byli pewni swego. Od dziennikarzy biło przeświadczenie - niektórzy myśli formułowali wprost, inni kluczyli - o przesądzonym już zwycięstwie. W końcu faworyci, wreszcie dojrzali do wielkiego triumfu, stawali naprzeciwko młodej i niedoświadczonej reprezentacji Niemiec, zestawionej w obecnym kształcie wyłącznie z powodu plagi kontuzji. Z ławki dyrygent Capello miał obserwować koncertową grę swych podopiecznych, kontynuujących wzorcową prezencję z potyczki ze Słoweńcami, Wayne Rooney miał wreszcie dźwignąć odpowiedzialność za strzelanie bramek i - summa summarum - cała drużyna była wręcz skazywana na zdeptanie Niemców. Wyszło szydło z worka. A rzekło o tym, iż porównywanie Słowenii i Niemiec ma się w stosunku do siebie nijak. Wyspiarze byli święcie przekonani, że dopowiadając - i tak dyskusyjne - mankamenty po stronie drużyny niemieckiej, jak zwłaszcza brak doświadczenia poszczególnych jej graczy, są w stanie niemal oba mecze zrównać. To rozumowanie miało rozciągnąć nową angielską jakość na starcie z naszymi zachodnimi sąsiadami i rozstrzygnąć je jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Pogrywał sobie jednak i Joachim Loew. No może tylko pośrednio. Nieobecność selekcjonera reprezentacji Niemiec na sobotniej konferencji prasowej była podyktowana działaniem sił wyższych, w grę wchodziły problemy natury logistycznej. Niemcy mogli zwyczajnie się nie wyrobić, by przeprowadzić przedmeczowe zajęcia w ustalonych ramach czasowych. Anglicy złapali bakcyla, zwietrzyli podchody rywali i wszczęli rozdmuchiwanie. Obok tej szalejącej i wciąż nakręcanej burzy trwało zwyczajne zbrojenie przed batalią z Synami Albionu. Tzw. krecią robotę ograniczono co najwyżej do lekkiej manipulacji doniesień związanych ze stanem zdrowia Bastiana Schweinsteigera. I znowu - Anglicy już przeszli do porządku dziennego z perspektywą występu totalnie nieopierzonego Toniego Kroosa. Naiwni. Naiwni Anglicy dali się wciągnąć w grę pozorów, stając się w niej stroną dominującą. Dlatego spuszczone przez Niemców manto musiało zakończyć się bardzo, bardzo twardym lądowaniem. Energia i kreatywność reprezentacji Niemiec w ofensywie porażały. To gracze Loewa wcielili się w rutynowanych wirtuozów, tylko kombinujących, jak tym razem efekciarsko rozmontować defensywę przeciwnika. Błyszczał Mesut Ozil, natrętnie piętnowany przez Anglików cechą niedoświadczenia, Thomas Mueller w żaden sposób nie nawiązywał do piłkarza, który jeszcze rok temu rozbijał się z rezerwami Bayernu po niemieckich prowincjach, w reprezentacyjnej dyspozycji byli Miroslav Klose i Lukas Podolski. Ofensywny kwartet zabezpieczali od tyłu wspomniany Schweinsteiger i Sami Khedira. Aż dziw bierze, że ci zawodnicy, w europejskiej i światowej piłce w większości wciąż na dorobku, zdominowali wdzięczną delegację Premier League. Podobnie Niemcy radzili sobie w defensywie. Z typowymi dla siebie precyzją, dokładnością i skrupulatnością stawiali zasieki i jeżeli coś już przezeń się przedostały, Manuel Neuer obracał w mit kolejną angielską tezę o pewnym żółtodziobie, któremu ugną się nogi na sam widok angielskiej jedenastki. Zostawmy na chwilę te delikatesowe rozprawy. Tak, Niemcy popełniali błędy i od opuszczenia ostrza gilotyny uratował ich gol-widmo Franka Lamparda. Ostatnie osiem minut pierwszej połowy były dla nich najtrudniejsze w przeciągu całej potyczki - zepchnięci do defensywy przez angielski team musieli przetrwać napór rozsierdzonych rywali, których tylko jeszcze mocniej rozeźliła nieuznana bramka. I wówczas ta nowa reprezentacja Niemiec, stanowiąca zaczątek kolejnego wspaniałego pokolenia piłkarzy, przeszła prawdziwy chrzest bojowy. Walka rozgorzała na całego i mimo że byli w odwrocie, zdołali przykładnie obronić korzystny rezultat, zanim doszło do przegrupowania szeregów w przerwie. Niemcy podtrzymywali wzorcowy system reagowania. Zdołali wyhamować zapędy angielskich graczy. Ustabilizowanie boiskowych wydarzeń pozwoliło spokojnie realizować nakreślone w szatni przez Loewa schematy. Ta mądrość odróżniała Niemców od Anglików, którzy stawiając na wyrównawcze zapędy wykazywali się skrajną indywidualną nieodpowiedzialnością. U wicemistrzów Europy na takie lekkomyślne zagrania nie było miejsca. Każdy ruch - wyważony i przemyślany, jeżeli już pozwalano sobie na jakieś ryzyko - minimalizowano jego ewentualne reperkusje przez wzajemną asekurację. Na tym tle maluje się rozszczepiona ekipa angielska. Już teraz wśród brytyjskich publicystów pojawiają się głosy, wskazujące gwiazdorstwo i przeświadczenie o - wyższej niż w rzeczywistości - własnej sile jako główne czynniki klapy operacji RPA 2010. Nie myląc tego ze zwykłą wiarą w umiejętności, Anglicy zwyczajnie ociekali pychą. Zlekceważyli Niemców - brzmi niewiarygodnie. Dający początek nowej ery niemieckiego futbolu, gracze Loewa definitywnie postawili krzyżyki na mundialowych osiągach trzonu angielskiej reprezentacji. Frank Lampard, Steven Gerrard czy John Terry na lecący za cztery lata samolot do Brazylii raczej się nie załapią, a jeżeli już - o odgrywaniu porównywalnych w zespole mogę zapomnieć. To oznacza, że prawdopodobnie ostatnią szansą na odniesienie jakiegokolwiek poważniejszego sukcesu w kontekście kariery reprezentacyjnej będzie nasze EURO. Patrząc z perspektywy statystycznego Polaka, w angielskim nieszczęściu polska iskierka nadziei się mieści. Czy do Polski Anglicy przyjadą jeszcze pod wodzą Capello? Przyszłość włoskiego szkoleniowca ma wyjaśnić się po rozmowach z angielską federacją, a te dalekie będą od atmosfery pikniku. Kontrakt Capello gwarantuje mu roczne zarobki w wysokości sześciu milionów funtów i już nie posiada zapisu, gwarantującego każdej ze stron prawo jego terminowanie po mundialu. Sam "Postman Pat" o rezygnacji ani myśli. Jedynym pewnikiem są dążenia FA do negocjacji wysokości jego uposażenia. Koniec powtórkowych wykrętów Poświęcić musiał się ktoś, aby zyskał ktoś. Nieuznanie trafienia Lamparda to największy tego typu sędziowski bandytyzm ostatnich lat, na tym poziomie rozgrywek. O tym, że incydent ten nie pójdzie na marne, jestem wręcz przekonany. Teraz Sepp Blatter zostanie przyparty do ściany - widział cały świat, jak - przy niezbyt dużym stopniu trudności oceny sytuacji - jawnie wypacza się losy mundialu. Nie ma miejsca na czcze tłumaczenia o pięknie futbolu, jego dziewiczej formie względem technicznych nowinek. Inne dyscypliny stale pracują nad eliminacją czynnika ludzkiego przy nadzorze nad rywalizacją, podpierając omylną naturę technologicznymi majstersztykami. Na słodkim pierdzeniu (mentor gatunku - Jerzy Engel) tym razem się nie skończy. Tym bardziej, że skrzywdzono również Meksykanów, w sposób równie mocno rzucający się w oczy.
sobota, 05 czerwca 2010
Mały interwał
Nastał okres dosyć pracowity, więc okazji do blogowania nie mam zbyt wielu. Mundial zbliża się jednak wielkimi krokami - stąd mini przewodnik dla niezdecydowanych, z kim ewentualnie utożsamiać się podczas Mistrzostw i komu - najzwyczajniej, po ludzku - kibicować. Część pierwsza tutaj.
sobota, 15 maja 2010
Tytuł na miejscu
Mistrzostwo Polski dla Lecha. Poznań tonący w tłumach rozradowanych kibiców, owiany łuną chóralnych, triumfalnych śpiewów i wystrzelanych co rusz rac. Wreszcie - wiara w to, że koronę wreszcie przywdział klub, który w stosunkach z zagranicznymi zespołami odznacza się czymś więcej niż tylko rażąco uległą postawą. Swego czasu, po żenującym w każdym calu pojedynku Wisły z Lechem, pozwoliłem sobie na ochrzczenie poznaniaków - zastrzegając przy tym istotę warunku zawieszającego - potencjalnym najbardziej niedoszłym mistrzem kraju. Była to najzwyczajniejsza reakcja na obraz, niejako efekt uboczny w szczególności ostatnich dwóch lat, malowany przez klub jakby nieświadomie. Paradoks polegał na tym, że Lech posiadał niemal wszystkie niezbędne narzędzia, by sforsować wrota Ligi Mistrzów, nad którymi pochylali się inni rodzimi fachmani. Tyle że brakowało okazji, aby w ogóle cały ten osprzęt ze skrzynki wygramolić i wziąć się do roboty - ligowy prymat wciąż dzierżyła Wisła, której sprzętowy arsenał niejeden raz już okazał się zbyt mizerny. A teraz to już jadą w Krakowie na samych chińskich substytutach, tfe, po prostu podróbkach. Drużyna złożona z zawodników stanowiących absolutny top ligowych szeregów, przebudowywany stadion, na którego trybunach zasiadają kibice w skali kraju unikatowi, miasto żyjące futbolem jak żadne inne. Nie można nie wspomnieć o już stworzonym profesjonalnym modelu zarządzania klubem, z prężnie działającym segmentem marketingu, dającym Lechowi wsparcie sponsorów dysponujących pokaźnym kapitałem, podczas gdy pozostali pretendenci do tytułu reklamują na koszulkach firmy sygnowane przez ich właścicieli. Wszystko fajnie, tylko próżno było szukać sportowego zwieńczenia tego niemal idealnego stanu. Były niezapomniane potyczki w Pucharze UEFA i pamiętny telefon od Prezydenta do trenera Smudy po dramatycznym boju z Austrią Wiedeń. To jednak nie to, wymarzona wisienka - mityczny majster - nadal cieszył innych. Teraz jest już wszystko jasne. Nie muszę uciekać się do asekuracji w oczekiwaniu na pojawienie się pewników, a to sytuacja nader komfortowa. Brakujący element układanki wreszcie wszedł w posiadanie Lecha, co z kolei otwiera przed tym klubem niebywałą szansę. W jego ręku spoczywają wszelkie atuty, praktycznie co do jednego, by wartkim krokiem na piedestał wejść i zabawić tam nieco dłużej. Okoliczności są bowiem nader komfortowe. Lech kwitnie. Lech jest na fali. Lech, w glorii i bezkompromisowo, pcha się na kolejne poziomy ewolucji, śmiało równając do europejskich średniaków. Zupełnie odwrotnie rzeczy mają się w Krakowie, gdzie losy stopniowo tonącej Wisły (ależ się trafiło połączenie, masz ci los) stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Plan ponownej rewolucji pozytywnej, przy czym średnio krwistej, implementuje Legia, sprowadzona podczas ligowej wiosny kompletnie do parteru. Naprawdę, wymarzenie lepszej sytuacji do wzięcia Ekstraklasy we władanie to nie lada wyzwanie. Mistrzostwo Lecha wydaje się impulsem zdolnym przełamać krajowy impas "Kolejorza". Ten od 1993 roku musiał zadowalać się jedynie sukcesami pomniejszymi, jak Puchar i Superpuchar Polski. Obecnie już nie stoi na przeszkodzie, by wygrywanie ligi i pokazywanie rywalom ich miejsc w szeregu stało się taką całkiem przyjemną tradycją. Łut szczęścia, który dopomógł Lechowi w pokonaniu własnej dość wstydliwej bolączki, może okazać się momentem przełomowym. Momentem zmiany niemal pokoleniowej, powiewu świeżości na szczycie. Nie bez kozery poznańscy fani twierdzili przed spotkaniem z Zagłębiem Lubin, że piłkarze grają o przyszłość klubu. Patetycznie to brzmi, owszem, ale wyraźnie konkluduje znaczenie już zdobytego tytułu. Laur najwyższy wreszcie trafił na właściwy grunt. Bo podatny. Pozostawiany w zawieszeniu, zahibernowany przed mistrzostwem, Lech zmuszony był swe ambitne cele realizować tylko w jakiejś ułamkowej części. Dana wreszcie okazja podjęcia walki o awans do Ligi Mistrzów otwiera przed Lechem nowe szanse, poszerza wachlarz możliwości trwałej ewolucji w krajowego potentata i krajowego hegemona równocześnie. Tak, okazje ku tym stwarzają już same eliminacje do Champions League, a to tylko potęguje apetyt przed ewentualnym wdarciem się do tego zacnego grona. Pistolet wystrzelił i można, ba, należy, ruszać z kopyta. Zastanawiające, że powszechna opinia ciut choć zorientowanych w piłkarskich realiach jednogłośnie wskazuje Lecha jako tego, który w pucharach robi różnicę w stosunku do pozostałych krajan. Tylko tyle i aż tyle. To społeczne namaszczenie, stawiające nowych mistrzów pod ścianą. Kapitulować, w każdym aspekcie, akurat teraz - nie wypada. PS. Wyrazy współczucie dla odwiedzających Poznań w ramach Nocy Muzeów. Jeżeli czyjaś kulturalna percepcja opiera się na wymagającej ciszy kontemplacji, no to ma problem.
środa, 12 maja 2010
Już za momencik
Oficjalnie rzecz biorąc, ostatecznego rozdzielenia laurów Ekstraklasa dokona dopiero w sobotę. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wtorkowe dreszczowce kwestię tytułu mistrzowskiego niejako uczyniły już rozstrzygniętą. Ale ok, szykujących się do fety nadto podpalać nie wypada. Korespondencyjny pojedynek Wisły i Lecha rozstrzygnęły szczegóły. I to właśnie one mają szansę zdecydować o przeprowadzce bądź nie mistrzowskiej korony. Postawę obu drużyn na przestrzeni całego sezonu zostawiam w spokoju, bowiem na ostateczne maglowanie jednych i drugich dopiero nastanie pora. Przedwczesnych łajania i gratulowania nie warto ryzykować, co pokazała zresztą wtorkowa kolejka. Niesamowite zaś, jak niewielka granica dzieliła wczoraj euforię od stanu przed żałobnego. Potok słów o Lechu w kontekście rychłego zdobywcy tytułu i szturmującego Ligę Mistrzów, płynący już w tonie pełnym odwagi, zawdzięczają poznaniacy szeregowi pomniejszych czynników, które finalnie złożyły się na zwycięskie uderzenie Siergieja Kriwca przy Cichej. Detale przeważyły o medialnym zachłyśnięciu się pozornym wciąż sukcesem. A przygotowane były już powstałe na finiszu ubiegłego sezonu sentencje o drużynie niby najlepszej, o niby remedium na bolączkę zwącą się Champions League, lecz tracącej kluczowe punkty w momentach, gdy stanięcie na wysokości zadania wydawało się rozwiązaniem wręcz koniecznym. Mowa natomiast nadal o tym samym zespole, o Lechu Poznań. Dopisało podopiecznym Jacka Zielińskiego szczęście, któremu poznaniacy starali się jednak pomóc, jak tylko umieli najlepiej. Efekt? W rzeczy samej pozytywny. W Krakowie nieszczęśliwa gwiazda nie opuściła Mariusza Jopa - nie doczekał się stoper Wisły wsparcia od sił wyższych, by od kompromitujących i spektakularnych gaf wreszcie go łaskawie wybawiono. Wyrównanie Cracovii to prawdziwy futbolowy buzzer beater, tym bardziej niezwykły, że "Pasy" odpowiedzialność - i co za tym idzie, splendor - za niego przerzuciły na rywali. Łysina Jopa uśmiechnęła się do Lecha, a że bywa kapryśna, to na ten ruch zdecydowała się w ostatnich sekundach swego procesu myślowego. Jej chimeryczność sprowadziła na Wisłę atmosferę znaną ze skrajnie pesymistycznych nokturnów, wstrzymując prasowe nagłówki o niebywałym panowaniu niedomagającego hegemona. Rola szczegółów w piłce - świetnie uwypuklona przez ligowców w przedostatniej kolejce. Gra błędów owszem, ale bardziej adekwatna byłaby instant-zmiana i narzucenie nowej regułki. Gra szczególików, w miarę pasuje. Jop wrogiem publicznym pozostanie do soboty. Wówczas winy zostaną mu bądź odpuszczone, bądź zacznie się wyliczanka osób faktycznie winnych pogłębiającej się żenadzie w krakowskim klubie i autor najważniejszego (na ten moment) samobója tego sezonu przepadnie w licznym towarzystwie tych, którzy po uszach winni oberwać najboleśniej. Bo dalsze piętnowanie Jopa i lansowanie go na persona non grata numer jeden byłoby skrajnie nieuczciwe, przypominając zarazem wycieranie gęb decydentów Wisły osobą chwilowego kozła ofiarnego. Tak łatwiej. No i ta sobota - cezura przemiany śmiałych prognoz w fakty. Wtedy jasne będzie, czy najintensywniej balującym polskim miastem będzie w weekend Poznań, wyczekującej święta w skali całego kraju bez precedensu. Kraków też dyskretnie chłodzi szampany - niezależnie bowiem od ostatecznych rozstrzygnięć, część miasta pozwoli sobie na świętowanie.
poniedziałek, 10 maja 2010
Nie będzie prawdziwego kopciuszka
Przez moment tlił się prawdziwie kopciuszkowy scenariusz, baśniowy niemal do granic możliwości. Jak inaczej bowiem można by nazwać ewentualny start w przyszłej edycji Ligi Europy Burnley? Toż to spadkowicz pełną gębą. Przy całej absurdalności wizji pucharowej kampanii ekipy z Turf Moor, sama myśl o prawdopodobieństwie takiegoż finału wywołuje niemały uśmiech. Biją się o prawo startu w Lidze Europy ekipy od Burnley znacznie potężniejsze, lepiej opłacani zawodnicy dają z siebie wszystko byle tylko dopchać się do przysłowiowego okienka wystawowego i zaprezentować swe przymioty szerszemu, międzynarodowemu spectrum. A dla samych klubów to splendor i pieniądze - w zależności od statusu majątkowego danej drużyny większe znaczenie przywiązuje się relatywnie do pierwszego bądź do drugiego. Ale sens pozostaje ten sam - pęd za wszelakiej maści bonifikacjami. Tymczasem relegowane z Premier League, toczące na przestrzeni sezonu momentami heroiczną walką o ligowy byt, pozostające z boku całego szumu związanego z bijatykami w czołówce stawki, Burnley staje się jednym z reprezentantów Anglii w rozgrywkach klubowych Starego Kontynentu. Niebywałe. Ten uśmiech to tylko po pierwsze. Po drugie natomiast - jaki diabelny sens tkwi w tym pomyśle? No właśnie, odpowiedzi tutaj wyraźnie brakuje. Bo wszystko sprowadza się do kwestii farta. Klasyfikacja Fair Play UEFA to na tyle pokraczny twór, że zdolny jest do wykoncypowania właśnie tego typu szaleństw. Federacja nagradza trzy najczystsze europejskie ligi - przy spełnieniu zarazem pewnych kryteriów, jak określona liczba rozegranych spotkań i średnia strzelanych bramek - dodatkowymi miejscami w europejskich rozgrywkach "drugiej kategorii". Po reformie firmowanej przez Michela Platiniego, czysta gra ligowców może w efekcie premiować startem w Lidze Europy. Wątpliwości pojawiają się jednak wówczas, gdy właśnie klub w sytuacji identycznej do Burnley - zrządzeniem losu - nagle ma przed sobą perspektywę bojów na europejskich arenach. Niby wszystko ok, niby duch uczciwej rywalizacji i pedantycznie równego traktowania wszystkich, ale niesmak nie może zostać niezauważony. Czy rozgrywki klubowe międzypaństwowe firmowane przez UEFA są zmaganiami tych najlepszych? - wypadałoby zapytać. Rozumiem, coś alias dzikie karty, ale czy te otrzymują choćby tenisiści z trzeciego czy czwartego szeregu? Idei ogólnej nie przeczę, ale zarazem twierdzę, że winna być wprowadzona pewna selekcja, by - niech będzie, że kompromis - do elity nie wpychali się przypadkiem kompletni ignoranci, wątpliwej klasy fachowcy. Na Wyspach wstrzymali oddech, bo triumf Fulham w środowej potyczce z Atletico Madryt - do dzisiaj - gwarantował spełnienie najgłębiej skrywanych marzeń Burnley. Tyle że angielska federacja piłkarska z zajmowanym trzecim miejscem w rzeczonym Rankingu Fair Play definitywnie się pożegnała. Pełną pulę zgarnęli Skandynawowie, w kolejności - Szwedzi, Duńczycy i Norwegowie. A to oznacza, że poza pozbyciem się dość dwuznacznej sytuacji, w której postawione mogło zostać Burnley, po uszach dostało się Fulham. Teraz "The Cottagers" zmuszeniu są wyjść z finałowej gry Ligi Europy obronną ręką. W przeciwnym razie, podopieczny Roy'a Hodgsona będą mieli w kolejnym sezonie z bani podróże po Starym Kontynencie - z wiadomych względów zmuszeni byli nieco spuścić z tonu w lidze, czego efektem dopiero 12 pozycja na finiszu. Nie będzie zatem boju w imię podwójnej gratyfikacji, Fulham martwić musi się już tylko o siebie. W Burnley za to gdybają. PS. W kwestii formalnej Rankingu Fair Play UEFA - uwzględnia on napomnienia piłkarzy kartkami, efektywność i otwartość gry, poszanowanie rywali i arbitrów, a także zachowanie klubowych oficjeli. Zdobyte w ten sposób punkty zostają podzielone przez 40 lub 35 (jeżeli frekwencja - mówiąc delikatnie - na kolana nie rzucała), następnie pomnożone przez 10. Wynik mieści się w przedziale od 0 do 10.
niedziela, 09 maja 2010
Podstarzała gwardia dała czadu
Sezon długi, nastręczony potyczkami bez wyjątku wymagającymi. Ale oni podołali. Carlo Ancelotti swą krajową misję wykonał niemal perfekcyjnie, a może ją przecież uczynić jeszcze bardziej kompletną. Nogami staruszków, ma się rozumieć. W niebieskiej części zachodniego Londynu fetę już wszczęli i czekają, czy aby imprezy nie podkręcić na volume 2. Tymczasem, niepostrzeżenie i za plecami graczy Chelsea, podejmuję przyspieszone studia metryczek nowych Mistrzów Anglii. Miasto plotkuje, że staruchy, a ciekawość zżera. Pierwszy przelotny rzut oka na rubryki wieku i pierwsze spostrzeżenie. Emeryci to nie są, co może nie stanowi dziejowego odkrycia, gdy spogląda się na zasuwających - najczęściej przy wrzuconym najwyższym biegu - podopiecznych Ancelottiego. Tyle że upływające wiosenki są o tyle ciężkie do zwyciężenia, że nawet podkupiony rozjemca niewiele by zdziałał w tym pojedynku. Chelsea zaś to przypadek osobny - team niezwykle doświadczony i bazujący na zawodnikach zaprawionych w bojach. Chodzi o permanentne sukcesy tu i teraz. I może w przyszłym roku. Zupełna odwrotność stojącego gołowąsami Arsenalu, na Stamford Bridge wszak polegają na naznaczonych setkami meczów, dziesiątkami spotkań arcyważnych, na znających smak najsłodszych triumfów i noszących wspomnienia porażek, po których gorycz pozostaje wręcz nieziemska. Wśród bramkarzy pierwszy stażem jest Hilario (34), Petr Cech za kilkanaście dni dobije do 28 urodzin, Ross Turnbull w kadrze pierwszego zespołu golkiperem jest najmłodszym (25). Zacząłem od pozycji o tyle niewdzięcznej w kontekście perypetii wiekowych, że zajmujący ją gracze statusu emeryckiego mogą nie doczekać się jeszcze grubo po trzydziestce. Cech, który tym sezonem powrócił do swej nominalnej dyspozycji, daje natomiast gwarancję, że między słupkami Chelsea ma problem z bańki na lat najbliższych kilka. Wyszedł z dołka i niemal graniczy z pewnością, iż wszyscy wybili sobie z głów poszukiwania jego następcy. Przynajmniej na razie. Transfer niezłego bramkarza do Chelsea to chwilowo najbardziej tandetne science fiction. Formację defensywną tworzą już zawodnicy ciut bardziej leciwi. Najmłodszy z tego grona Branislav Ivanović (26) znajduje się w optymalnym wieku, aby karierze z każdym dniem nadawać tempo. Jose Bosingwa i Alex skończą w tym roku 28 lat, Ashley Cole i John Terry - po 30. Paulo Fereirra na karku ma już 31 lat, jeszcze starsi są Ricardo Carvalho (lada moment 32 lata) i Juliano Beletti (również za moment, ale już 34 lata). W pomocy za młodzieniaszka może uchodzić John Obi Mikel (23). Reszta oscyluje wokół trzydziestki. Jurijowi Żirkowowi stuknie w sierpniu 27 lat, w grudniu 28 lat Michaelowi Essienowi, w listopadzie 29 lat Joe Cole'owi, a w czerwcu do grona trzydziestolatków wejdzie Florent Malouda. Grono nestorów tworzą Frank Lampard (w czerwcu będzie 32), Deco (w sierpniu 33) oraz Michael Ballack (we wrześniu 34). Na desancie - pół na pół. Przed sobą 25 i 21 urodziny mają odpowiednio Salomon Kalou i Daniel Sturridge, a średnią zawyżają Didier Drogba (32) i Nicolas Anelka (31). Tak oto wygląda w podstawowym zarysie seniorska kadra Chelsea. Każda linia zdominowana jest przez doświadczenie, w niektórych przebijają się już elementy dyktowanego starością zmęczenia materiału. Stworzona - tudzież zakonserwowana - na ten sezon ekipa, cel zrealizowała. W przeciwieństwie do lat poprzednich, kiedy piłkarzom tykał zegar biologiczny, a o laury było bardzo ciężko. Budowana z rozmysłem drużyna graczy przeznaczonych na wygrywanie z miejsca, automatyczne ruszenie w bój po wszystko, co można ugrać, odpaliła ponownie dopiero w tym sezonie. Trochę późno. Przyszłość Chelsea konkluduje aspekt wytrzymałości dzisiejszych bohaterów. W jakim stopniu będą w stanie w przyszłym sezonie dalej bić się o zaszczyty, po kolejnych już podchodach Matki Natury. A później - czy w ogóle stać ich będzie, by stanąć w szranki. Abramowicz nie tyle kupować może, co zwyczajnie musi. Tłumaczenia o pragnieniu wyczekiwanej dominacji absolutnej w Lidze Mistrzów przyjmuję, owszem, ale to tylko fasada. Futbolistów jeszcze doświadczonych od już podstarzałych dzieli cieniutka granica, a momenty przestoju w wygrywaniu czegokolwiek są dla Chelsea niedopuszczalne. Stąd nie tylko wola wzmożonych letnich zakupów - Ancelotti odważnie zapowiada zastrzyk świeżej krwi, który jego zespołowi ma zostać zaaplikowany. Paru trzydziestolatków zmieni pracodawców (Deco, Fereirra, Beletti, ważą się losy Ballacka), 28-letni Joe Cole nadal nie wie, czy bardziej odejdzie z klubu, czy bardziej w nim zostanie. Ich miejsce zajmą bądź to kupni młodzieńcy, bądź w klubie już pewien czas obecni. Wielkich zmian po Chelsea Londyn AD 2010/2011 raczej się nie spodziewam. Najbliższy sezon będzie czymś w rodzaju wstępu do kilkuetapowej wymiany najbardziej zużytych ogniw, przeprowadzanej (już) bez nadmiernego szastania gotówką i po uprzednich wielogodzinnych analizach każdego potencjalnego transferu. W końcu Londyn to nie Manchester, Chelsea to nie City.
sobota, 08 maja 2010
Powtarzanie oczywistości
Cóż, kto by przypuszczał, że osławiona "końska" definicja twórców pewnej encyklopedii powracać będzie w obliczu okoliczności tak rozbieżnych w stosunku do świata zwierząt. Ale powstrzymać się jakoś nie mogę, rzucam zatem sakramentalne wręcz - jaki był ten mecz, każdy widział. Nie był ten hit - o zgrozo, iż kolejny pozostający wyłącznie w tej kategorii jedynie z racji wiarołomnego domniemania - materiałem na tomiska szczegółowych analiz. O ile w przypadku Ekstraklasy niezmiernie trudno o mecze do tego celu w ogóle się nadające, to spotkanie Legii z Wisłą zaprzeczyło istnieniu jakiejkolwiek głębi, którą rodzima liga może się legitymować. Gości z Krakowa do tego worka mizerii wrzucić muszę, tak bywa, chociaż na ten zaszczyt zasłużyli sobie bardziej z racji ponurego całokształtu swej autorskiej twórczości. Lecz bez nich Legia nie miałaby okazji, ażeby nadać walce o najwyższe laury znamiona taniego kabaretu. Od oczywistości uciec się nie da. Tak dobitne prezentacje iście żenującego podejścia nie zdarzają się wszak co tydzień, co miesiąc, czy nawet cyklicznie co 666 dni. To był prawdziwy unikat, rarytas dla lubujących się w jawnym olewaniu wszystkiego wokół. Z tych właśnie względów każdy, dosłownie każdy, oglądający ten "klasyk beznadziei" wnioski wyciągnie w mig. Na tacy bowiem podano je wszystkie, bez najmniejszej konieczności ruszenia mózgownicą i rozpatrzenia spotkania w detalach. Legia się posypała doszczętnie, a czynników odpowiadających za tą dewastację jest kilka. Wszystkie, co zrozumiałe, oczywiste. Uproszczając je na potrzebę chwili, postawić można tezę dwuelementową. Po pierwsze, dość pasywna i potwornie niefrasobliwie prowadzona polityka transferowa skutkuje dzisiejszym obrazem - piłkarzy przeciętnych i słabych, pozbawionych wewnętrznego drygu do przywództwa, charyzmatycznie bladych i w popłochu szukających prawdziwego Lidera, którego funkcja na Łazienkowskiej obsadzona nie jest. A wakuje przecież nie od wczoraj. Po drugie zaś, im dłużej trwają przepychanki na linii kibice-klub, tym sytuacja zyskuje na komizmie. Beneficjentów osobowych brakuje i nawet persony postronne coraz głośniej przebąkują o zmęczeniu całym tym syfem. Tak, syfem, bo trudno o inne równie trafne określenie. Nie chcę roztrząsać o dokładniejszym położeniu winy, nie o tym teraz, ale nadmienić muszę, że ten stan agonalny w grobowy nastrój wprawia wszystkich, nie licząc grupki zawistników czerpiących z niego swą dziką radość. Patrząc na prawie już wyrośnięty stadion, obiekt stricte nowoczesny i jak najbardziej godny epoki, pytam - kto ma go wypełnić? A jeśli już warunkowo olejemy to pytanie, wobec tego - w jaki sposób ma toczyć się życie na trybunach? Sposób kultywowany obecnie mija się do cna z celem, więc narzucają się elementarne wątpliwości odnośnie sensu całego przedsięwzięcia tego typu normalizacji realiów w Legii. I to z powodu zaglądającego w oczy przerażenia, dyktowanego możliwości zachowania status quo. Swoje zrobiła Wisła. Mięciutkich i bezbronnych rywali ograła bez większego wysiłku, zadowalając się najniższym wymiarem wyroku na Legię wydanego. Tyle wystarczyło, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnią wpadkę obrońców tytułu, nikt nie forsował wyniku spektakularnego. Typowy dla Wisły minimalizm, tym razem bez bury. Argumentacja jest oczywista. Bez drużyny ani rusz. Bo kiedy pozostaje jeszcze realniejszy cel, o który podjęcie walki nie jest wizją wyłącznie utopijną, drużyna wyzwanie przyjmuje. Legia specjalnej troski - wspomagana jak tylko można, nie tyle przez przelotną miłostkę ze strony mieszkańców Poznania i okolic, a przez kolejne potknięcie Ruchu Chorzów, dające szansę powrotu na pudło - nawet się nie wysiliła. Wniosek trywialny - średnio im się chciało, a troska o klubowe osiągnięcia jest kompletnie bez znaczenia. Spotkało warszawskie klub coś niewyobrażalnego. Ta Legia, której nazwa generowała wśród graczy dodatkowy dreszczyk emocji, teraz stała się przyczółkiem gwiazd jednego meczu, lekkoduchów i pseudo fachowców. Nie dziwcie się, drodzy moi miłośnicy pączków, takiej nomenklaturze, jeżeli próżno szukać czegoś na Waszą obronę. Nie robiąc nic, robicie wszak wiele. Gorzej być już nie może. I wolę tkwić w takim przekonaniu, pomimo krążących gdzieniegdzie myśli o tym, że o dno jeszcze nie zahaczono. Naprawdę.
czwartek, 06 maja 2010
Najgorsza reklama Calcio
Jeśli teorię gry w piłkę nożną można uprościć przytoczeniem zasady dość wyświechtanej, tj. "ja do ciebie, ty do mnie", to finał Pucharu Włoch pod definicję tą w żadnym razie nie podchodzi. Jeśli już powyższą eksploatując, wypadałoby rzec "ja ci przyłożę, a ty mi oddasz". I nie posuwa się ta interpretacja do większych nadużyć. Niestety. Ofiar rzymskiej jatki byłoby zdecydowanie mniej, gdyby nie przeklęty fart telewizji publicznej. Wróciła europejska piłka w środowe wieczory na ekrany telewizorów w formule ogólnodostępnej, ale do wystawianych spektakli Ligi Mistrzów transmitowane spotkanie nawiązać nie chciało. Nader oczywiste wydaje się w tym momencie pytanie, czy Inter i Roma były w ogóle zdolne kibiców tego dnia, w obliczu tych okoliczności urzec. Jak na dłoni widać, że Inter ma ostatnio po prostu srogo przechlapane. Rozsierdził wszak samą Barcelonę (który już raz do tego wracam?), uciekającą się metod dumnym Katalończykom niepodobnych. Fani Romy obeszli się bez ceregieli, nie bacząc na ewentualne oskarżenia o plagiat ze strony kibiców Blaugrany, i urządzili sobie nocną sesję. Stawiając przy okazji na równe nogi piłkarzy Mourinho, no i jego samego. Taki już najwidoczniej efekt uboczny klawego wypadu kibicowskiej braci. To wszystko w ramach przedmeczowych przygotowań. Na boisku bowiem aspekty typowo sportowe usunęły się w cień. O fair play chwilowo zawodnicy zapomnieli. Jedni ukradkiem podkopywali rywali, drudzy sprzedawali subtelne bądź bardziej bezczelne kuksańce, jeszcze inni wykładali się egzaltacji cierpienia nieznanej wszystkim filmowym odtwórcom roli pewnego cieśli z Nazaretu. Zamiast delektować się zmaganiami futbolowych herosów z absolutnego topu, przyszło spoglądać na brudny pojedynek ociężałych pięściarzy. Zestawiony w nieco niestandardowej konfiguracji, Inter wszczął realizację planu czteromeczowego po swojemu. Mourinho niepierwszy raz nakreślił taktykę podporządkowaną odniesienia triumfu najmniejszym nakładem sił, za co zresztą nikt nie ma zamiaru Portugalczyka w Mediolanie kamienować. Bramka Diego Milito zabiła widowisko, dając przy tym Mistrzom Italii wymarzony komfort. A że Roma w pewnym momencie porzuciła desperackie próby wyszarpania remisu w klasycznym ujęciu wyniku, rywalizacja przeniosła się na inną płaszczyznę. Ze święcą szukać tych, którzy spławiali zaczepki przeciwników. Dominował iście wojowniczy trend, głoszący, iż chamstwu trzeba stawić czoła. Chamstwem rzecz jasna. Od takiego stwierdzenia mógłbym się powstrzymać i poprzestać na obwołaniu rzeczywistości wyjątkowo wręcz brutalną. Kości trzeszczały i po murawie co rusz sunął ktoś wślizgiem. Ok. Granicę przekroczył natomiast ten, którego połowie Rzymu stawia się za wzorzec niemal uświęcony. Na postawę Francesco Tottiego trudno szukać słów. Kapitan Romy zachowywał się niczym podrasowany hormonalnie pitbul, sterowany przez właściciela tak, by za wszelką cenę dać popalić okolicznym czworonogom. Arbiter zareagował na "show" 33-latka i tak stosunkowo późno, przymykając oko na jego nadpobudliwe podrygi, choćby w stosunku do Thiago Motty. Taka demonstracja siły zakrawa o kompromitację - pojawiły się przecież podstawy, by w nieskazitelność i perfekcję dotychczasowego mistrza zwątpić. Frustracja obezwładniła Tottiego. Doszczętnie. Podobnie było z Davidem Pizarro, który po końcowym gwizdku grzmiał, że jego drużynie należały się dwa rzuty karne. Komentarz tej fantasmagorii wydaje się zbędny. Pewne jest, że jakiś czort zasadził się na "Gillarossich". Zwyczajnie musiał. Sprawka Interu? Samo Calcio, jeśli ponownie postanowi wziąć się za autopromocję w ten właśnie sposób, powinno usłyszeć wyraźne "nie". Bez przesadyzmu, nalegam.
poniedziałek, 03 maja 2010
Przedziwny mecz
No nie chce zaprzestać Inter Mediolan dawania powodów, by nad jego losami nie pochylić się raz już kolejny. Cóż za drastyczna zmiana - z bezbarwnych nudziarzy, o których starczyło powiedzieć, iż potrafią jedynie sprać krajan, by temat wyczerpać do cna, w drużynę wysyłającą ze swego obozu nader frapujące sygnały ze wzmożoną częstotliwością. Jasne, Jose dziękujemy w sposób szczególny, ale nie tym razem. Musieli mediolańczycy odbębnić w niedzielę obowiązek raczej czysto rutynowy. Trudno w końcu utrzymać nastrój przesadnej ekscytacji, jeśli kilka dni wcześniej najskrajniejsze emocje wyzwoliło heroiczne starcie z podrażnioną Barceloną (ten temat rozwija poprzednia notka), a już w środę grafik wskazuje finał Pucharu Włoch, w którym czeka kolejny wściekły pies, pragnący przynudzający domową dominacją Inter potraktować bez jakiegokolwiek pardonu. Tymczasem w lidze... W trzeciej od końca kolejce Seria A na przeciw przyjezdnym ze stolicy Lombardii stanęło Lazio Rzym. Wydawać by się mogło - mecz kluczowy wyłącznie dla Interu, nowego-starego przewodzącego stawce, ale wyjątkowo łasego na zgarnięcie kolejnego Scudetto. Przyzwyczajenie do luksusu nie pozwala bowiem, by z wymiętego mistrzostwa ot tak zrezygnować. Motywacji dodaje perspektywa zgarnięcia potrójnej korony, którą przywdział mediolański klub tylko raz, w 1965 roku. Wtedy jednak, kiedy lata młodości przeżywali najstarsi obecnie fani Interu, w miejsce krajowego pucharu przyszedł triumf w Pucharze Interkontynentalnym. Teraz natomiast krajowy puchar, stanowiący 45 lat temu brakujące ogniwo, jest o tyle kuszący, że uczyni zespół wreszcie hurtowo (tj. więcej niż dwa) kolekcjonujący trofea i może posłużyć za przyczółek do wielkiego marszu po laur najbardziej upragniony. Cyrk objazdowy mistrza ceremonii Mourinho ruszył do Wiecznego Miasta z misją dwuetapową. Po pierwsze, uporać się z Lazio, po drugie, odegrać się na Romie niedawną porażkę w ligę, sięgając na jej "gorącym" terenie po Puchar Italii. Los tak chciał, że podopieczni Claudio Ranieriego plasują w rozgrywkach Seria A tuż za Interem, wciąż czyhając na jakiś błąd, który pozwoli przenieść rodzimą palmę pierwszeństwa do rzymskiej gabloty, zwalniając z obowiązku tą mediolańską. Stąd wszyscy z Romą związani stanęli wobec poważnego dylematu - trudno, trzeba trzymać kciuki z Lazio, takie życie. Wściec się można, jak już po mękach, za które robiły moralne tłumaczenia o słuszności dopingowania znienawidzonych rywali zza miedzy, przychodzi takie (czytaj: istotnie dokuczliwe) spotkanie. Nie ukrywali sympatycy Lazio, co myślą na temat mistrzowskich ambicji swych sąsiadów tym bardziej, że ich pupile mieli w zanadrzu jeszcze możliwość wpłynięcia na losy tytułu. W obliczu i tak bardzo nieudanego sezonu, przysłowiowym gwoździem do trumny dla zawistnych byłaby szalona radość kibiców Romy z utrzymania fotela lidera po ostatniej serii gier. Zaprzyjaźnieni - co gorsza - z tifosi Interu, na trybunach Stadio Olimpico urządzili przedstawienie niebywałe. Wtórowali im sami piłkarze, którym nie to się chciało, ni to się nie chciało. Piknik, i to jeszcze z niesmacznym jedzeniem. Szok - innym słowem postawę kibiców gospodarzy trudno skomentować, by nie pominąć przypadkiem któregoś z jej istotniejszych elementów. Na niespotykany skandal zanosiło się już wtedy, gdy zawodnicy Interu bezskutecznie szturmowali bramkę Lazio przez niemal całą pierwszą połowę. Fonia nie pozostawiła wątpliwości - niewykorzystane sytuacje aktualnych Mistrzów Włoch generowały wśród oglądających jęki zawodu, a tak mocnych gardeł to wyjazdowe grupy kibiców Interu nie mają. Wizja nie chciała pozostać w tyle i powtórka przegranego przez Samuela Eto'o pojedynku jeden na jeden z Fernando Muslerą - golkiperem gospodarzy i jedynym w ich szeregach, który obok meczu nie przeszedł - wyśmienicie uchwyciła gesty niepocieszenia wśród miejscowych. Nie dowierzali komentatorzy, w tym ci zagraniczni, że do czegoś takiego w ogóle doszło. I to w tak potężnej lidze, którą jest włoska ekstraklasa. Całemu piłkarskiemu światu zaprezentowano żenujący kabaret. Suchą nitkę na kibicach Lazio trudno zostawić. Sensu nie ma lansowanie teorii spiskowych i roztrząsanie kwestii, czy stołeczni faktycznie i praktycznie podłożyli się Interowi. To w końcu zespół niedomagający w obecnym sezonie, w dodatku pewny utrzymania, o które przyszło mu przez pewien okres drżeć. Bankowo natomiast odpuścili fani - w tym momencie mam mały problem, ponieważ zwyczajnie nie wiem, czy tych ludzi można w ów sposób określić - i zagwostkę stanowi oszacowanie ich wpływu nie tyle na samych piłkarzy, ale na atmosferę i otoczkę, które wokół meczu się wytworzyły. Lokalne animozje podziałały na panią prezydent Romy, Rosellię Sensi. Stąd określenie wygranej Interu mianem "dość wstydliwego". Sęk w tym, że powody do wstydu powinien mieć chyba kto inny. "Wspierający" Lazio ukazali najgorsze, najbardziej patologiczne podejście do kwestii kibicowania. To właśnie kibicowanie przeciw komuś jest najczęściej zarzewiem konfliktów, zakrawa o wylęgarnię nienawiści. Jeśli takie są motywy zostawiania swoich na lodzie i oklaskiwania akcji przeciwników, to należy wczuć się w graczy. Oni teraz zyskali poważny argument, użyteczny zwłaszcza dla tych, którzy mają zamiar opuścić Rzym - obalony został mit więzi łączącej ludzi i klub. Tym, którzy za wczorajsze incydenty odpowiadają, bardziej zależy na notowaniu przez Romą kolejnych wpadek, na utrudnianiu jej życia za wszelką cenę. "Lazio, bo nie Roma" wypchnęło "Lazio, bo Lazio". Źle się stało i wiadomo, że to wszystko nie ociepli stosunków tifosi obu rzymskich klubów. Jedni się bowiem radują, że dopieczono drugim, tych drugich zaś ogarnęła złość, że tak perfidnie pokazano im środkowy palec. Eh, szykują się niespokojne derby. PS. Dwa tygodnie wstecz na tapetę poszła Barcelona. Mowa oczywiście o cyklu poświęconym szkółkom piłkarskim świata. Ta część traktuje o Arsenalu, przypadku dość specyficznym. Do znalezienia tutaj.
piątek, 30 kwietnia 2010
Wyprowadzić stoika z równowagi
Od środowego półfinału Ligi Mistrzów minęło wprawdzie już dobrych kilkadziesiąt godzin, ale kurz po bitwie na Camp Nou opadał wyjątkowo powoli. Weekend za pasem, więc trzeba stanąć w ligowe szranki i o zjawiskowym spotkaniu zapomnieć. Przynajmniej na moment. To jednak credo najbliższych dwu dni dla piłkarzy, ci opisujący ich zawodowe potyczki mogą nieco zostać w tyle, drążyć, szperać i wywlekać rozmaite szczególiki meczu Barcelony z Interem, a nikt ich z tej racji nie będzie szkalował. Zbyt niesamowity jest bowiem ten materiał badawczy, bo ot tak go zostawić. Rozprawiały tęgie umysły nad stosowną dla gościa postawą, którą winni przyjąć mediolańczycy będąc w delegacji tak kluczowej dla finałowej wycieczki na Santiago Bernabeu. Łamigłówka trąciła wredotą tym bardziej, że bezskutecznie próbowali dokopać się do rozwiązania niejedni. Wszystkie rachunki, bilanse potencjalnych zysków i strat okazywały się mało wartą fantazją uczniaka sterczącego nad skomplikowanym i wieloetapowym zadaniem. Pilny Mourinho lekcje jednak odrobił, zakopał się w historii minionych dwóch sezonów i do głębi lustrował przeróżne warianty przeciwstawienia się maszynie Guardioli, innego zdolnego jegomościa. Podpowiedzi starego absolwenta, Arrigo Sacchiego przyjął szkoleniowiec Interu, by po chwili umysł z nich oczyścić. Ściąganie? Tfu, herezja. Patent na Barcelonę w wydaniu domowym to marzenie coacha każdego rywala Katalończyków. Jajogłowy, który stworzyłby ten piłkarski wzór na złoto, resztę żywota miałby nader zacną, obsypany fortuną ze wszystkich stron przez wygłodniałych trwałej i niezawodnej metody na poskromienie tych lewitujących nad murawą artystów. Poszukiwacz Mourinho dotarł natomiast do przypadku średnio interesującego na pierwszy rzut oka. Na identycznym etapie rozgrywek, Chelsea wyruszyła na Camp Nou z misją zanotowania najmniejszych możliwych strat przed rewanżem. Kolejna trenerska persona ocierająca się o geniusz, a mianowicie Guus Hiddink, wmówiła podopiecznym, chłopom na schwał od bramki po formacje desantowe, że szkopuł tkwi w kolektywnej defensywie, w ogromnym poświęceniu całego zespołu przy okazji każdego zagrania w defensywie. Nie było to zwyczajne murowanie bramki, co oczywiście Mourinho nie umknęło. Pewnie już wówczas. Nie sztuka wpaść - z osławionym przy okazji barcelońsko-mediolańskiej szamotaniny - autobusem, zaparkować jak popadnie i czekać na wywleczenie przez mistrzów Hiszpanii wszystkich technicznych niedoskonałości, grzeszków prowadzącego pojazd. To zwyczajna próba utopijnego odwlekania egzekucji, mającej nieubłaganie nadejść. Lecz ma w sobie coś, co czyni ją koncepcją sensowniejszą niż ruszenie z Barceloną w zabójcze tango i bezpardonowa wymiana ciosów. Jakbyś się nie gimnastykował, ten ostatni i tak będzie należał do niej. No i finał tej zabawy będzie wiadomy. Jakby jednak tą autobusową metodę udoskonalić, dopracować do perfekcji, by żadnego z elementów układanki nie dało się wybić z monolitu - dlaczego nie spróbować? Zaserwował zatem Mourinho najnowszą, dostosowaną do wymogów nastałej epoki wersję catenaccio. I to wszystko autorstwa człowieka, który co krok podkreśla, jaką to ma awersję do włoskiego futbolu. To jest coś. Gość wpada z zewnątrz i ulepsza niemal do perfekcji twór tyle przestarzały, co kultowy, na którym wychowane zostały przecież pokolenia trenerów z Italii. Całości dopełniła kontuzja Gorana Pandeva, której Macedończyk doznał na rozgrzewce. Do składu wskoczył Christian Chivu, powiększając tylko grono czczących destrukcję w wyjściowej jedenastce Interu. Mourinho poszedł na całość i choć tego typu określenie wiąże się przede wszystkim z obieraniem filozofii ustawienia ultraofensywnego, przypadek środowy stanowi podjęcie ryzyka mającego zupełnie przeciwną orientację. Wszystko postawiono na defensywę i nikt nie starał przyjętej dewizy maskować. Bronił Inter na całego, na całej szerokości i długości boiska, o ile zdołał przerzucić kilku śmiałków pod bramkę Victora Valdea i nieco wydeptać tamtejsze kępki trawy. Powiedzmy wprost - Inter bronił po prostu bezczelnie. Ściąganie kolejno jedynych kreatywnych jednostek, zdolnych dźwignąć na swych barkach poczynania ofensywne, i zastępowanie ich przez wspieranie coraz bardziej zmęczonych Obrońców Finału świeżym pokładem sił od zawodników, nominalnie nakierowanych rzecz jasna na defensywę, przelało czarę goryczy. W tym momencie nawet najwięksi niedowiarkowie zostali gwałtownie uświadomieni - stary, oni po prostu murują bramkę. W tej fatalnej dla oka strategii, zbliżyli się Nerazzurri do ideału. Już bez Thiago Motty, koncentracja objęła wyłącznie przeszkadzanie, wybijanie i przerywanie ataków rywali. Heroizm piłkarzy Mourinho momentami obracał się w pozbawione większej myśli przewodniej kopanie przed siebie, o czym mogłaby świadczyć niespotykana statystyka wymienionych podań. Ta dopiero uświadamia skalę perwersji, do której posunął się Mourinho. Przy tak obłędnym stosunku do ewentualnego udziału w meczu finałowym, sposób wydarcia go zszedł na dalszy plan. W sumie to na bardzo odległy plan, o ile w ogóle nie wykopnięto go do piwnicy. Świadomy kryterium rozliczenia własnej pracy, uciekł się portugalski opiekun Interu do rozwiązanie nader oczywistego. On grał, pardon - bił się, o awans do finału i nie zważał na nic. Nawet na niespodziewaną przeszkodę, w postaci odesłania Motty do szatni. Wszystko fajnie, ale takie zawierzenie losu jednej karcie (ci od gier karcianych wiedzą, o co chodzi) owocuje czasem porażką równie spektakularną jak potencjalny triumf. Dlatego napędziła Barcelona przyjezdnym niemałego stracha, wbijając najpierw cudną bramkę autorstwa Pique, a później - zdobywając gola nieuznanego przez arbitra. Wymierzenie Interowi ciosu trafieniem na 2:0, bez względu moment zwłaszcza w drugiej połowie, byłoby zabójcze. Plan awaryjny? Przerzucenie wszystkich broniących w pocie czoła do ataku i zafundowana przez Barcę gonitwa z jednego pola karnego do drugiego przypieczętowałaby akt destrukcji chłopców Mourinho. Tyle że basta. Koniec już z gdybaniem. Barcelona stała się ofiarą własnego geniuszu. Brylują jej piłkarze w wyrafinowanych sekwencjach krótkich podań, pokazują całemu światu, jak z największą gracją rozmontowywać najrozmaitsze formacje obronne. Minimalny efekt dały te popisy na San Siro i wkradła się tam, w Barcelonie, niepewność podszyta niepokojem. Perpetuum mobile zwolniło, znalazło się o krok od druzgocącego w skutkach zatrzymania. Dopiero wskazując na ten kontekst, można wyjaśnić panikę, która pochłonęła Blaugranę i jej kibiców. Koszulki z przyrzeczeniem wzniesienia się na wyżyny umiejętności, byle tylko wbić rywalom te dwa upragnione gole, zachowując przy tym czyste konto. Dalej, specjalna kartoniada na trybunach. Dalej, zmasowana ofensywa względem Mourinho, nie bez użycia sztuczek naprawdę brudnych. Niestandardowo uszczypliwy Guardiola. I znowu kartoniada. Coś pękło i jeszcze przeciągający się w blasku sześciu trofeów klub spostrzegł paskudne widmo, szeptające do ucha o utracie kolejnej szansy na obronę zeszłorocznej kolekcji laurów. Inter w roli dewastatora barcelońskiego mitu o nieposkromionych zwycięzcach wzięto nawet zbyt poważnie. Jeśli jednak ktoś posunął się do neutralizacji tego, co w Barcie najlepsze, co jest dla niej powodem do unikalnej dumy, sytuacja robi się nieciekawa. Naturalnym następstwem tej reakcji był czyny, tak nieprzychylne zwycięzcom reakcje gospodarzy, uciekających się do zomowskiego ostrzelania szalejących mediolańczyków zraszaczami (tak, czysty przypadek, że odpaliły się samoczynnie na feralnej połowie boiska) i do prób zmącenia radości pospolitym chamstwem Valdesa. Tłumaczenia bramkarza Barcelony, mówiąc delikatnie, raczej nie przekonują. Barcelona zawiodła nie tylko grą, przy czym ten aspekt można wybronić geniuszem Mourinho, taktycznego maniaka. Co szczególnie smutne, zawiedli ludzie, niepotrafiący w przykładny sposób afirmować obcego sukcesu, odniesionego własnym kosztem. No tak, oni nie zwykli przegrywać, nie dostawać tego, po co wyciągają ręce. Pozytywy? Jeszcze silniejsza, bogatsza o nieznany dotychczas i bezcenny element doświadczenia, czyli perspektywę pokonanych. Zaryzykuję nawet tezę, że ten przegrany półfinał uczyni Katalończyków jeszcze skuteczniejszymi w swej kolekcjonerskiej pasji zgarniania pucharów. A wtedy to realnie strach z takim kolosem, w każdym calu kompletnym, się pojedynkować. Ale to dopiero może być. Teraz trwa święto Interu i Mourinho. Interu, który jeszcze tak bardzo niedawno zanudzał i żenował oglądających jego mecze w Lidze Mistrzów. Czapki z głów, panie i panowie, Mourinho odznacza kolejny etap planu i jak tylko spadnie ciśnienie po decydującej fazie zmagań o potrójną koronę, zacznie kombinować nad nowymi wyzwaniami. Taki już z niego raptus-zwycięzca. I świetny trener zarazem. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||